Skontaktuj się z nami

Porwania rodzicielskie: „Słychać było tylko płacz w słuchawce”

Za każdym takim zdarzeniem kryje się dramat. Kobiety, mężczyzny i ten największy: małego dziecka. Często zresztą o tym dziecku myśli się najmniej, znacznie częściej o sobie: że to ja jestem najlepszym rodzicem; że to przy mnie synowi czy córce będzie najlepiej; w końcu, że dziecko jest przecież moją własnością, więc jeśli zechcę, mogę je po prostu zabrać.

Tygodnie bez kontaktu z dzieckiem

Listopad 2015. W Radomiu dochodzi do porwania trzyletniego Fabiana. Matka zawiadamia policję, która decyduje się na uruchomienie systemu Child Alert. Funkcjonariusze nie wykluczają, że w uprowadzeniu może brać udział ojciec chłopca. Po 11 dniach zatrzymują go na autostradzie. W aucie, wraz z dwoma innymi mężczyznami, jest także trzylatek.
To historia znana z czołówek gazet, portali i serwisów telewizyjnych. Nie każde porwanie rodzicielskie zyskuje tak „medialną” oprawę. Znacznie częściej są to sytuacje bardziej prozaiczne, co nie znaczy, że kryje się za nimi mniejszy dramat.

Czerwiec, pięć lat temu. Katarzyna dowiaduje się o zdradzie męża. Kilka dni później słyszy, że „to jednak nie tylko romans, ale miłość”. Niedługo potem zaczyna się sprawa rozwodowa, a w jej mężu, według słów Katarzyny, „budzi się niesłychana miłość do dzieci”. Konkretnie dwóch córek: sześcio- i ośmioletniej. – Mąż wysunął żądanie ograniczenia mi praw rodzicielskich. Dosyć absurdalne, zważywszy że to ja od początku zajmowałam się dziewczynkami – opowiada Katarzyna. Sąd wniosek oddala, ale Tomasz walczy dalej, już mniej oficjalnymi metodami. – Umawialiśmy się na przykład, że przywiezie mi dzieci o szesnastej, a zjawiał się przed północą, tłumacząc, że nie chciał przerywać im zabawy. Wyjeżdżał z nimi na weekend na drugi koniec kraju ,w ogóle mnie o tym nie informując. Najgorzej było w wakacje. Zdarzyło się, że przez dwa tygodnie nie miałam żadnego kontaktu z dziewczynkami. Na policji słyszałam, że dzieci są z ojcem, więc oni nic nie mogą zrobić. W końcu doszło do tego, że starsza córka po kryjomu pisała mi SMS-y z informacją, gdzie tym razem zabrał je tatuś – denerwuje się Katarzyna. Sytuacja uspokoiła się dwa lata temu. – Nowa partnerka byłego męża chyba nie bardzo lubi dzieci, więc i jego miłość do córek nagle się zmniejszyła – twierdzi kobieta.

Drugi rodzic nie jest potrzebny?

Czym jest porwanie rodzicielskie? To sytuacja, w której jedno z rodziców lub opiekunów, bez woli i wiedzy drugiego z nich, wywozi lub zatrzymuje dziecko na stałe, pozbawiając tym samym drugiego rodzica lub opiekuna możliwości utrzymywania kontaktu z dzieckiem.

Choć eksperci zaznaczają, że każdy przypadek porwania rodzicielskiego należy rozpatrywać oddzielnie, pewne jest jedno: ten problem narasta. W listopadzie 2014 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych upubliczniło dane, z których wynika, że zwiększa się liczba zaginięć. Rocznie zbliża się ona już do 20 tys. zgłoszeń. Z tego kilkaset przypadków dotyczy dzieci do 6. roku życia i zwykle są to właśnie tzw. porwania rodzicielskie. O rosnącym problemie alarmuje także Fundacja Itaka, która w 2014 roku udzieliła 314 porad dotyczących uprowadzenia dziecka przez jedno z rodziców. W 2015 roku ta liczba wyniosła 264. Obecnie Itaka prowadzi 29 spraw dotyczących porwań rodzicielskich.

Grzegorz Kostka, prawnik z Fundacji Itaka uważa, że przyczyną tak wysokiej liczby porwań rodzicielskich są m.in. następstwa dużej fali emigracji Polaków, którzy za granicą założyli rodziny. – Z czasem niektóre z tych związków ulegają rozpadowi, a wraz z rozstaniem pojawia się dylemat, co zrobić z dzieckiem? Z którym z rodziców powinno ono zostać, zwłaszcza jeśli jedno z nich chce wrócić do kraju? – mówi Grzegorz Kostka, przyznając jednocześnie, że tych międzynarodowych porwań rodzicielskich jest mniej niż wewnętrznych, tzw. krajowych. – Tutaj sytuacja jest analogiczna w tym sensie, że do porwań dochodzi w momencie konfliktu w związku. Często zabranie dziecka jest wynikiem samowolnego działania jednego z rodziców, który jest przekonany, że syn czy córka jest jego własnością, że z nim będzie mu najlepiej, a drugi rodzic po prostu nie jest potrzebny.

Pracownicy Itaki zaznaczają jednak, że sytuacja każdej rodziny jest indywidualna. Zdarzają się przypadki, że jedno z rodziców jest dla dziecka zagrożeniem, co nie zmienia faktu, że do porwania dziecka, czyli samowolnego zabrania go bez wiedzy i zgody drugiego rodzica, dochodzić nie powinno.

Usłyszałem tylko jego płacz w słuchawce

Ireneusz Dzierżęga, prezes zarządu Stowarzyszenia Centrum Praw Ojca i Dziecka uważa, że statystyki Itaki są mocno zaniżone. Jego zdaniem porwań rodzicielskich jest kilkadziesiąt razy więcej. – Na ponad dwa tysiące interwencji pomocowych, jakich udzielamy rocznie, grubo ponad połowa to „porwania” dzieci – mówi Ireneusz Dzierżęga. Jego zdaniem problem polega na tym, że w większości przypadków, zwłaszcza jeżeli porwania dopuściła się matka, nie są one nigdzie zgłaszane. Dlaczego? Część mężczyzn, bo im głównie pomaga stowarzyszenie, nie wie co w takim przypadku robić; niektórzy starają się dociekać prawa na własną rękę; niewielka część decyduje się na podjęcie działań w ramach tzw. Konwencji Haskiej; pozostali w końcu idą na policję, ale zdaniem prezesa Dzierżęgi organa ścigania zazwyczaj nie podejmują działań. – Pierwsze pytanie, jakie ojciec słyszy na komendzie, brzmi: „Czy dziecko jest z matką?”, a jeśli odpowiedź jest twierdząca, policja dochodzi do wniosku, że żadnego porwania nie ma – denerwuje się prezes Dzierżęga, który z własnego doświadczenia wie, jak czuje się rodzic, któremu współmałżonek lub były partner zabrał dziecko.

– Mój syn wiele lat temu został porwany z warszawskiego przedszkola, siłowo wrzucony do samochodu na oczach personelu. Bez mojej wiedzy i zgody i wbrew wyrokowi sądu został wywieziony na Śląsk i ukryty. Pozwolono mi tylko po kilku dniach usłyszeć jego płacz w słuchawce – opowiada Ireneusz Dzierżęga. – Kiedy w końcu po półtora roku się odnaleźliśmy, od razu planował uciec do mnie. Miesiącami błagał mnie o pomoc i chęć powrotu do Warszawy. Sam wielokrotnie do mnie uciekał. Po kolejnym półtora roku pomogłem mu. Trudno byłoby dziewięcioletniemu wtedy dziecku dokonać czegoś takiego. Zostałem oczywiście od razu „porywaczem” – opowiada Ireneusz Dzierżęga i dodaje, że telefon stowarzyszenia, któremu szefuje, rozgrzewa się do czerwoności w okresie świąt, wakacji lub początku roku szkolnego. – Ojciec przychodzi wtedy do szkoły na rozpoczęcie roku szkolnego i okazuje się, że syna albo córki nie ma. Dlaczego? Bo matka wykorzystała przerwę w zajęciach i zmieniła dziecku życie, wywożąc je za granicę, w inny region kraju, a czasem tylko do sąsiedniej miejscowości, ale to już wiąże się ze zmianą szkoły, przedszkola i środowiska funkcjonowania dziecka – mówi Dzierżęga.

Dom bez dziecka i jego rzeczy

Obecnie, choć wakacji ani świąt nie ma, klimat w stowarzyszeniu wcale nie jest spokojniejszy. Na pięciu mężczyzn, którzy byli wczoraj na konsultacjach u prezesa Dzierżęgi, trzech radziło się w sprawie porwania dziecka przez matkę. – W jednym przypadku pani zabrała synka do Szkocji, tam poznała nowego partnera – wylicza szef Stowarzyszenia Centrum Praw Ojca i Dziecka. – W drugim przeprowadziła się dwadzieścia kilometrów dalej, do własnej mamusi i zablokowała całkowicie dostęp do dziecka, a ono samo, szczelnie zamknięte w domu, nie ma prawa wyjść nawet na podwórko. Trzeci przypadek dotyczy wywiezienia chłopca z Poznania do Kalisza.

Ten „trzeci przypadek” to historia pana Pawła (imię zmienione), który od kilku dni nie ma kontaktu ze swoim 3-letnim synkiem. – Z dnia na dzień, pod moją nieobecność, żona zabrała go i wywiozła do swoich rodziców. Dom został ogołocony z wszystkich rzeczy dziecka: ubrań, zabawek, dokumentów, zdjęć. Jestem tym wszystkim zszokowany, zwłaszcza że żona oznajmiła mi przez telefon, że złożyła pozew o rozwód. Najbardziej boję się teraz o swoje dziecko. O to, co się z nim stanie. Zrobię wszystko, by odzyskać synka. Kocham go najbardziej na świecie, nie mogę dopuścić, by cierpiał, choć sam niczemu nie jest winien.

Możesz odejść, ale sama

Urszula Nowakowska, dyrektor Centrum Praw Kobiet w Warszawie, zawsze z rezerwą przysłuchuje się opowieściom „dzielnych ojców”. Jeszcze bardziej niepokoją ją próby przedstawiania porwań rodzicielskich jako zdarzeń, których równie często dopuszczają się zarówno matki, jak i ojcowie. – Nie można nazywać porwaniem rodzicielskim sytuacji, gdy kobieta ucieka z domu przed przemocą, zabierając ze sobą dziecko, które po prostu chce chronić. To nie jest porwanie, tylko ochrona zdrowia i życia, zarówno dziecka, jak i własnego. Kobieta ma do tego prawo, a wręcz obowiązek. Często, jeśli tego nie zrobi, naraża się na zarzuty, że skoro dochodziło do przemocy, a dziecko nie było chronione, powinno zostać jej odebrane, bo widocznie nie radzi sobie z opieką nad nim – mówi Urszula Nowakowska i dodaje, że odbierając telefon interwencyjny, CPK często spotyka się z historiami przerażonych kobiet, które chcą odejść od stosującego przemoc męża, ale nie mogą, ponieważ są przez niego szantażowane. – Takie kobiety słyszą: „Jeśli odejdziesz, zabiorę ci dziecko” albo „Jak chcesz odejść, to sama, dziecka ci nie oddam” – opowiada Nowakowska. – Nierzadko też mężczyzna wiedząc, że żona planuje odejście, zabiera dziecko i wywozi je na przykład do swoich rodziców.

Szefowa Centrum Praw Kobiet jest zdania, że część kampanii społecznych, także tych firmowanych przez Rzecznika Praw Dziecka, pomija aspekt ucieczek z domu kobiet z dziećmi spowodowanych przemocą domową. – Powtarza się, że dziecko ma prawo do obojga rodziców. Oczywiście, ale czasem wygląda to tak, jakby miało nie prawo, a obowiązek kontaktu z drugim rodzicem, nawet jeżeli tego nie chce, a ten rodzic jest sprawcą przemocy – twierdzi Urszula Nowakowska, przyznając, że zdarzają się również sytuacje, gdy sprawcą przemocy jest kobieta, ale są to przypadki stanowiące wyjątek od reguły.

Najbardziej cierpi mały człowiek

Eksperci zajmujący się porwaniami rodzicielskimi są całkowicie zgodni w jednej kwestii: najbardziej w tej sytuacji cierpi dziecko. Doktor Magdalena Śniegulska, psycholog dziecięcy z Uniwersytetu SWPS zaznacza, że każda tego typu sytuacja jest inna. Zdarza się, że porwanie rodzicielskie jest krokiem desperackim, a zabrane jednemu rodzicowi dziecko wręcz chce, aby do takiej sytuacji doszło. – Wyniki badań nad wpływem rozwodu na rozwój dziecka jednoznacznie wskazują jednak, że sam rozwód nie jest dla niego tak trudny, jak konflikt i napięcie między rodzicami – tłumaczy Magdalena Śniegulska. – Psychologowie rodzinni mówią czasem, że dobry rozwód to ten, który jest rozwodem skutecznym, czyli sytuacja zaangażowanych w niego osób jest jasna, a dziecko ma w miarę przewidywalną wizję swojej przyszłości. Kiedy natomiast jest ono nagle wyrywane ze swojego otoczenia, niespodziewanie zabierane w inne miejsce, pozbawiane kontaktu z jednym z rodziców, efekt jest taki, że zaburzone zostaje jego podstawowe poczucie bezpieczeństwa, co niestety nie pozostaje bez wpływu na jego rozwój.

Doktor Śniegulska twierdzi, że jeden z głównych problemów partnerów lub byłych partnerów pozostających ze sobą w konflikcie polega na tym, że nie potrafią rozgraniczyć faktu bycia współmałżonkiem od bycia rodzicem. – Ktoś, kto doświadczył krzywdy lub ma poczucie krzywdy, za którą obwinia żonę lub męża, często nie potrafi sobie wyobrazić, że ta sama osoba może być okropnym partnerem i równocześnie naprawdę niezłym rodzicem.

Co na to prawo?

Zgodnie z przepisami prawa karnego (art. 211 kk) karze pozbawienia wolności podlega każdy, kto wbrew woli osoby powołanej do opieki lub nadzoru uprowadza lub zatrzymuje osobę małoletnią poniżej lat 15. Jednak orzecznictwo i doktryna wykluczają z kręgu osób mogących popełnić to przestępstwo rodziców posiadających nieograniczoną władzę rodzicielską. Oznacza to, że porwanie rodzicielskie nie stanowi w Polsce przestępstwa.

– Fundacja Itaka podejmowała działania na rzecz zmiany prawa w tym zakresie. Ustawodawca doszedł jednak do wniosku, że takiej zmiany nie będzie – tłumaczy Grzegorz Kostka i dodaje, że w tej sytuacji Itaka również odstąpiła od postulowania zmian wskazanych powyżej. – Nadal natomiast uważamy, że problem istnieje, a polski system prawny sobie z nim nie radzi. W związku z tym kolejnym krokiem jest praca nad zmianą postępowania cywilnego w taki sposób, żeby nałożyć odpowiedzialność karną na osoby, które nie przestrzegają orzeczeń sądowych w sprawach rodzinnych. Chodzi tu między innymi o opiekę nad dzieckiem czy kontakty z nim.

Na zmianę prawa liczy również Tomasz Szeliga, 40-letni nauczyciel z Winnicy w powiecie pułtuskim. Już na początku rozmowy zaznacza, że swojego dziecka nie porwał i nigdy tego nie zrobi. Przyznaje jednak, że spotkał w swoim życiu ludzi, którzy mu to sugerowali. – Mówili: „Zrób tak, jak robi twoja żona. Skoro ona nie respektuje postanowień sądu i jest w tym bezkarna, ty też możesz” – opowiada Szeliga. – Ale ci ludzie nie wiedzą, jak działa polski system sprawiedliwości, który w moim odczuciu tylko czeka na najmniejszy błąd ojca chcącego utrzymać kontakt z dzieckiem.

Dlatego Tomasz Szeliga robi wszystko, by żadnego błędu nie popełnić. Jeśli sąd postanowi, że może spędzić z córką cztery godziny, oddaje ją po czterech godzinach; jeśli trzy dni, to ani minuty dłużej. – Do żadnego porwania nigdy się nie posunę ze względu na dobro córeczki, ale nie potępiam rodziców, którzy się tego dopuszczają. Oczywiście mówię o związkach, w których nie ma przemocy czy patologii. Znam ludzi, którzy nie widzieli swojego dziecka od wielu lat. Czasem przychodzi moment, że tej tęsknoty nie da się już po prostu wytrzymać i człowiek robi coś głupiego – twierdzi Tomasz Szeliga. – Ja jednak mam nadzieję, że sąd zechce wreszcie zauważyć, jak bardzo moja obecna jeszcze żona, bo jesteśmy w trakcie rozwodu, manipuluje naszą pięcioletnią córką i zastrasza ją i uzna, że w pełni zasługuję na to, by być ojcem codziennym, a nie tylko weekendowym i to co dwa tygodnie.

Przede wszystkim policja

Co powinien zrobić rodzic, który podejrzewa, że jego dziecko zostało porwane, np. przez drugiego rodzica? – Jak zawsze w przypadku zaginięcia, bez względu na własne domysły i podejrzenia, należy bezzwłocznie zgłosić sprawę na policję – tłumaczy Grzegorz Kostka z Fundacji Itaka. – Trzeba mieć co prawda na uwadze, że w momencie, gdy policja ustali miejsce pobytu dziecka i okaże się, że przebywa ono z drugim rodzicem, postępowanie zostanie zakończone. Prawo do odbioru dziecka ma bowiem tylko kurator sądowy. Jednak w ten sposób będziemy mieć przynajmniej świadomość, że dziecko jest całe i zdrowe i przebywa pod opieką drugiego rodzica.

Policja, na podstawie przyjętego zgłoszenia, rozpoczyna poszukiwania. W uzasadnionych przypadkach decyduje o uruchomieniu systemu Child Alert, który służy błyskawicznemu powiadomieniu społeczeństwa o zaginięciach dzieci (decyzja o jego uruchomieniu nie jest jednak podejmowana w każdym przypadku zniknięcia dziecka). Child Alert funkcjonuje w Polsce od listopada 2013 roku. Po raz pierwszy został wykorzystany w kwietniu 2015 roku po zaginięciu 10-letniej Mai z Wołczkowa. Dziewczynka została odnaleziona w Niemczech.

Pierwszy system tego typu powstał w 1996 roku w USA. Stało się to po tym, jak porwana, a następnie brutalnie zamordowana, została 9-letnia Amber Hagerman ze stanu Teksas. Po tym tragicznym wydarzeniu stworzono system będący ogólnospołecznym alarmem uruchamianym w przypadkach zaginięć dzieci, gdy istnieje podejrzenie, że ich życie może być zagrożone. Istotą Child Alert jest błyskawiczne przekazanie informacji o zaginionym dziecku przy wykorzystaniu dostępnych mediów, m.in. telewizji, internetu, radia, tablic reklamowych, elektronicznych znaków drogowych, telefonii komórkowej.

Agnieszka Groza

https://kobieta.onet.pl/dziecko/porwania-rodzicielskie-slychac-bylo-tylko-placz-w-sluchawce/57p0bdf